Na pierwszych koloniach czy obozach, parę lat temu, na które jeździłem jako nieopierzony osesek w modzie były czerwone, zielone czy białe noce. Później raczej się już z tym nie spotykałem, nie wiem jak jest obecnie dlatego napiszę w tym wstępnie krótko o nich:
– Noc czerwona – uważajcie na swoje czerwone rzeczy. Rano pewnie ich nie znajdziecie, a będziecie musieli je wykupić w jakiś śmieszny lub mniej śmieszny sposób.
– Noc biała – rano za szybko nie wstawajcie, bo i tak może się to nie udać. Ewentualnie w najlepszym razie pociągniecie za sobą kołdrę, śpiwór czy prześcieradło za sobą przyszyte do piżamy.
– Noc zielona – ostatnia przed wyjazdem, chyba najbardziej lubiana przez żartownisiów i najmniej lubiana przez całą resztę. Tej nocy najczęściej zużywa się cały zapas pasty do zębów i bynajmniej nie do ich mycia. Spodziewać się możecie, że żartownisie w tę noc zabawią się w “kosmetyczki” robiąc wam w czasie snu maseczki oraz dekoratorów wnętrz smarując pastą klamki i czy inne przedmioty, których użyjecie.

… i nadszedł ostatni dzień przed wyjazdem, a zaraz po nim nadejdzie noc – zielona noc. To już mój trzeci wyjazd wakacyjny bez mamy i taty. Wiem, że dziś starsi chłopcy przyjdą i nas wysmarują.
Śpimy w pięciu, Jędrek jest drugi raz ale za pierwszym razem nie spotkał się z kolorowymi nocami. Staś, Artur i Adrian są po raz pierwszy.
Mówię i przekonuję, że przyjdą, że będą smarować, że musimy się przygotować, że ustalić jakieś warty, że może iść wcześniej i zrobić to co nas czeka – ale chłopcy nie wierzą, nie chcą zrozumieć – zresztą Adrian jest najstarszy w całej naszej grupie i się nie boi, a pędraki ufają, że wiek Adriana nas uchroni przed “salonem piękności”.

Noc nadeszła spokojnie, cały dzień nic nie zapowiadało by moje przeczucia miały się ziścić, starszacy wcale nie latali po sklepach w poszukiwaniu past, a wręcz przychodzili życzać od nas do mycia zębów, twierdząc, że ich zapasy dawno się skończył.
Długo siedzieliśmy na łóżkach rozprawiając o tym co przeżyliśmy przez minione dwa tygodnie, wspominając wspólnie przeżyte przygody i zastanawiając się czy kiedyś jeszcze się spotkamy. Czas biegł nieubłaganie, a zmęczenie brało górę i mimo mych usilnych starań załoga pokoju poszła spać. Ja sam choć zaprawiony w boju potrafiący nie spać nawet kilka nocy z rzędu po 2 tygodniach ciągłych zmagań z kolonijną rzeczywistością – padłem.

– Cicho, ciszej… bo się obudzą…
– Jeszcze tutaj…
– A tamtego wysmarowaliście? – obudziły mnie szepty jakichś gagatków kręcących się po pokoju. Lekko uchyliwszy powiekę jednego oka dostrzegłem 3 postacie. W dwóch rozpoznałem starszaków – Arka i Michała – rozprawiających się z biednym Stasiem, trzeci stał tyłem do mnie przy łóżku Adriana i cicho rechotał jak żaba.
Jakimś dziwnym trafem oprawcy wciąż omijali moją osobę i nawet nie zwracali na mnie uwagi. Wtem usłyszałem głos Arka:
– Te, Olek, a ten? dajno pastę… – Arek wziąwszy nową tubkę zbliżył się do mojego łóżka.
– Ręce czy twarz? – zapytał kolegów,
– Wszystko, smaruj wszystko – odpowiedzieli z chichotem.
Kiedy pochylił się nade mną, poderwałem się z poduszki niczym mumia z sarkofagu. Biedny Arek nie spodziewając się takiego obrotu sprawy odskoczył z przeraźliwym krzykiem, a koledzy jego wybuchnęli głośnym śmiechem.
Załoga szybko wstała sprawdzić co się dzieje. Gagatkowie opuszczali nasz pokój mocno rozbawieni pobladłym i zawstydzonym Arkiem.

Spojrzałem po pokoju na przerażone, a przy tym w finezyjny sposób udekorowane pastą twarze kolegów.
– Chłopaki, chodźcie, trzeba to zmyć – powiedziałem i teraz dopiero spostrzegłem, że też jednak oberwałem. Prawdopodobnie Arek z tego przerażenia ścisnął tubkę, która wylała się prawie cała na rękaw mojej piżamy.
Tej nocy, a właściwie ranka nie poszliśmy już spać. W milczeniu czuwaliśmy aby nic więcej się nie wydarzyło.

 

Przestroga:
Smarowanie pastą twarzy czy innych części ciała może być niebezpieczne, gdyż może prowadzić do podrażnień skóry lub dostać się do oczu.
Równie niebezpieczne może być przyszywanie kogoś do pościeli ponieważ można ukłuć go ostrą igłą.