Jestem Marek. Taki niepozorny, zwyczajny Marek. Nikomu nie wadzę, nikt mnie nie zaczepia. Sam staram się unikać konfliktów i zatargów z kolegami. Dlaczego o tym mówię? Bo jestem czwartoklasistą Szkoły Podstawowej im. Adama Mickiewicza w Zaboroszynie. A tu można być albo ofiarą albo drapieżnikiem.

Jak do tej pory udawało mi się doskonale nie wychylać.  Owszem, czasem oberwałem rykoszetem koleżeńskich drwin, czasem udawało mi się bohatersko bronić przed nimi ale najczęściej jestem niewidoczny dla Klasowej Braci.

Siedzę w ławce z Bartkiem. Przyjaźnimy się. Tak naprawdę przyjaźnimy się chyba dopiero teraz mimo iż jesteśmy w jednej klasie od pierwszaków. Bartek nie ma tyle szczęścia co ja. Jest “ofiarą”. Wychowywany przez samotną matkę i dziadków bez oparcia w ojcu jest łatwym celem. Choć nie wiem czy ma to znaczenie. To pewnie wygląd Bartka tak bardzo podnieca klasową brać by zadawać mu przeróżne najwymyślniejsze kaźnie.  Jest on niskim szczupłym chłopcem, nieśmiałym i bez ojca, jak pisałem, co zapewne powoduje szybkie załamanie się i poddanie w swej bezradności katuszom szkolnego dnia codziennego. A powodów do radości naszych kolegów Bartek ma cały wachlarz. To orli nos, to ubrany biednie i po “babcinemu”, i fryzura mu jego nie sprzyja bo choć włosy ma gęste i zadbane to wycięte w grzyba… Ale Brać nie potrzebuje tak wymyślnych powodów. Wystarczy, że nauczyciela nie ma na lekcji dłużej i robi się lekko nudnawo – ot powód dobry “kozłowi ofiarnemu” zabrać zeszyt czy uczynić z niego tarczę na której można wypróbować tyle co misternie skonstruowaną plujkę z długopisu do papierowych kulek.

Mimo iż się przyjaźnimy, nigdy chyba nie stanąłem w jego obronie – może raz.
Cóż, wspaniale było mieć jakiegoś kolegę na przerwach będąc dla reszty niewidocznym, jeszcze wspanialej było czuć, że jest się częścią Klasy włączając się w nękania biednego pacholęcia lub chociaż nie przeszkadzając.

Pewnego dnia ku uciesze ogółu (bo ile razy można było wyśmiewać to samo) wyszło na jaw, że Bartek jest harcerzem. Ach ile to było radości w naszej klasie. A mnie chyba najbardziej się ta wiadomość “spodobała”. Mimo iż nigdy nie spotkałem żadnego harcerza i wciąż utrzymywałem, że jesteśmy z Bartkiem kumplami, to stałem się głównym prowodyrem wszelkich drwin i zniewag jakich harcerz w naszej klasie mógł szanownie dostąpić.
Uciechy było co niemiara, a że to panienka, a że lata w jakichś tam spódniczkach i wiele wiele innych.
Osobiście do harcerzy nic nie miałem ale na każdą próbę przekonania mnie do tego by przyjść na zbiórkę zabijałem Bartka śmiechem, a agresja koleżeńska stawała się silniejsza. Bartek sobie znanym tylko powodem nie zrażał się tym wcale i co jakiś czas na nowo rozpoczynał proces przekonywania…, a ja? A ja nie wyobrażałem sobie by zostać kiedykolwiek “panienką w mundurze”!

Drużynową Bartka była nasza nauczycielka matematyki. Łatwo sobie wyobrazić panią starej daty, o rdzawo rudych farbowanych włosach i czubatym nosem trzymającą harcerski dryg na lekcjach. Codziennie odbywał się rytuał musztrowania, a uczniowie działali niczym prężna dobrze zdyscyplinowana drużyna. Na przerwach dyżurny miał sprawdzać czy wszyscy odrobili pracę domową, a na początku lekcji niczym zastępowy czy przyboczny na apelu meldował na baczność o obecnościach, nieprzygotowaniach i oczywiście pracy domowej. Lekcje te były niezwykle “ciche”. Nikt nie śmiał nawet szeptać czy odwracać się do innej ławki. Baliśmy się tej pani w kuluarach nazwanej “Ruda”.

Uczniem zawsze byłem średnim, nie szło mi nigdy źle jednak z matematyką zawsze miałem problemy. Kiedy przyszedł listopad i semestr zaczął chylić się ku końcowi w mojej młodej głowie wykiełkował szatański pomysł.
– Trzeba jakoś wkupić się w łaski Rudej – pomyślałem ale bynajmniej nie zamierzałem chodzić na korepetycje, których udzielała po lekcji.
Długo nie musiałem czekać okazję, Bartek ponownie wrócił do tematu zbiórek.
– Chodź, będzie fajnie – mówił – to będzie zbiórka andrzejkowa, będziemy lać wosk i różne wróżby robić…
Co miałem robić? Pomyślałem, że to świetna okazja, przyjdę, przygotuję jakąś wróżbę, wkupię się w łaski nauczycielki i będzie koniec semestru, a po feriach nikt nawet nie będzie pamiętał tego incydentalnego przypadku.

Przebiegu samej zbiórki nie pamiętam za dobrze, na pewno były wszystkie elementy, którymi Bartek mnie zachęcał. Okazało się, że do drużyny należą również przedstawicielki żeńskiej części naszej klasy oraz przedstawiciele klas starszych, których na co dzień podziwialiśmy za różne osiągnięcia i umiejętności.

A co stało się po mojej pierwszej zbiórce? Tego dowiecie się z kolejnych opowiadań o moich harcerskich przygodach sumujących się w przeszło 20 lat służby.